niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział 1

I jeszcze małe ''ale'':
1. Opowiadanie może nie zgadzać się w wielu kwestiach z rzeczywistością, jest fikcją
2. Nie, nie będzie dzikiego seksu bdsm w ich wykonaniu czy innych ostrych scen, nie umiem takich nawet pisać XD
3. Miłego czytania i jeśli mogę prosić, zostaw po sobie komentarz ^^
4. Przepraszam za wszystkie błędy i w ogóle, dopiero się uczę, ale no cóż, na czym innym się nauczyć pisać niż na próbach i będach ^^
o~*~o
Ostatni dzwonek zadzwonił i tłumy uczniów wybiegły na korytarze szkoły. Mitch, pierwszoklasista, lekko speszony pierwszym tygodniem w liceum, także był w tej grupie. Większość przeciskała się miedzy sobą do wyjścia, a on spokojnie unikał po prostu największego skupiska ludzi i trzymał się z tyłu. Mimo, że został jeszcze jeden dzień, już planował jak uczci przetrwany pierwszy tydzień szkoły: białe wino zabrane z barku rodziców, nowa składanka najnowszych hitów, grająca jednocześnie z 5 sezonem House'a. Czy życie może być lepsze?
Jego uwagę odwrócił głośny huk, jakiś chłopak, chyba z jego klasy, upadł, popchnięty przypadkiem przez tłum. Mitch odruchowo wręcz od razu do niego podszedł, podniósł plecak, który wypadł chłopakowi przy upadku i podał mu rękę.
-Hej, nic Ci nie jest? Rany, Ci ludzie zachowują się trochę jak bydło czy coś... -Uśmiechnął się i pomógł chłopakowi wstać. W tym samym czasie obok zjawił się jeszcze jeden chłopak, który od razu przyciągał uwagę swoim wyglądem, a właściwie wzrostem. Wyglądał, jakby miał co najmniej dwa metry, a przynajmniej takie wrażenie odniósł Mitch.
-Widziałem, że była mała kraksa... wszystko już w porządku? -Wysoki licealista obdarzył ich obu uśmiechem i troszkę za długo zatrzymał oczy na Mitchu, jakby zamyślony.
-Wszystko w porządku, serio, dzięki. -Chłopak, który się wywrócił wziął szybko pleckach i poprawił koszulę. -Sorki, ale spóźnię się... jeszcze raz dzięki. - I już zniknął z resztą uczniów, żeby zdążyć na autobus.
Mitch westchnął, mimo podziękowania czuł się lekko zignorowany, jakby jego pomoc była czymś mało ważnym. Licealista obok niego poprawił szybko swoją blond grzywkę i zaśmiał się lekko.
-Niesamowite, jak wszyscy dookoła bez ustanku się spieszą, nie? Jestem Scott. - Podał mu rękę, a Mitch uścisnął ją, ciesząc się, że przynajmniej jedną osobę udało mu się poznać w tym tygodniu.
-Mitch.
-Ty nie biegniesz na autobus? -Blondyn odwrócił się w stronę wyjścia i już pustym korytarzem zaczął iść, sugerując tym, że mogą przejść się kawałek razem.
-Nie... Nie lubię takiego tłoku i hałasu, wolę się przejść. -Poprawił czarną grzywkę, mając nadzieję, że nie wygląda ona zbyt tragicznie.
-Mądrze. A w którą stronę tak spacerujesz?
-Właściwie to najpierw idę do galerii po parę rzeczy... - Wyszli razem ze szkoły, a Mitch nie mógł się pozbyć wrażenia, że Scott naprawdę dziwnie mu się przygląda, a do tego co chwilę miał wrażenie, że skądś go kojarzy.
-Cóż... ja idę w drugą stronę, ale... dziękuję za mile spędzone dziesięć metrów. -Skłonił się dla żartu i zaśmiał, a jego krótki, wesoły śmiech brzmiał dla Mitcha zbyt uroczo. Z ciekawości postanowił go ''obczaić''. Trampki, zwykłe niebieskie jeansy, czarna koszulka z jakimś nadrukiem, nic niezwykłego i nic brzydkiego. Do tego blond włosy, z grzywką zaczesaną do góry tak idealnie, że nie było wątpliwości co do tego, że budżet domowy Scotta znacznie maleje przez wydatki na żel do włosów. Na koniec popatrzył na jego oczy i od razu pomyślał, że patrzy w najpiękniejszą mieszankę błękitu i szarości jaką kiedykolwiek widział, a kolorów w życiu widział bardzo wiele i często zwracał na nie uwagę. Przypadkiem ich spojrzenia się spotkały, więc szybko odwrócił wzrok lekko speszony. Posłał mu szybko uśmiech, bo mimo chwilowego zagapienia się na jego oczy, nie zapomniał języka w gębie i szybko odpowiedział.
-Cała przyjemność po mojej stronie. -Sam się skłonił lekko, też dla żartu i pomyślał, że to przecież głupie, ale otwartość i szczera sympatia jaka biła od Scotta, sprawiała, że od razu czuł się przy nim jakby znali się od dawna.
-Okay... Zanim pójdę, jesteś z pierwszej C, prawda?
-Pierwszej B. - Posłał mu kolejny uśmiech i znów spojrzał na jego śliczne oczy, od tak, lubił patrzeć na przyjemne dla oka rzeczy.
-Okay... ja jestem z drugiej C... Miło było mi cię poznać, Mitchu z pierwszej B. A i jutro przesłuchania do musicalu, przyjdź jeśli interesują cie takie rzeczy.
-Jasne. Z miłą chęcią, dzięki... i... dzięki za.. za rozmowę? -Zaśmiał się lekko speszony. - Miło było... Pa.
-Pa. - Scott zaśmiał się ostatni raz i odwrócił się, założył słuchawki na uszy i ciągle uśmiechnięty poszedł w swoją stronę. Mitch także poszedł w stronę domu, rezygnując z galerii i ciesząc się nowo poznanym znajomym.
o~*~o
Następnego dnia, po lekcjach, zaplanowane były w audytorium przesłuchania. Szkoła wystawiała Wicked, przyszło dużo chętnych, a Mitch nic tylko myślał o tym czy spotka gdzieś wysokiego, sympatycznego blondyna, ponieważ był on na razie jedyną osobą w szkole, która wywołała u niego uśmiech i sprawiła, że ma się ochotę z nią rozmawiać. Nie zobaczył go jednak nigdzie, więc po prostu czekał, aż wywołają go na scenę, żeby zaśpiewał fragment jakiejś piosenki, żeby kilkoro starszych uczniów mogło ocenić czy nadaje się do przedstawienia, czy nie.
Nie był zestresowany. Wiedział, że potrafi śpiewać, nawet, jeśli nie najlepiej na świecie, to był pewien, że dostanie jakąś rolę, a nie miał za dużych ambicji, śpiew był bardzo ważnym, ale tylko, hobby w jego życiu. Występował czasem na szkolnych przedstawieniach czy galach i ćwiczył, ale nie planował wiązać swojej przyszłości konkretnie z byciem piosenkarzem.
-Mitch Grasey? -Usłyszał głos z głośników i wszedł na scenę wzdychając i uśmiechnął się do kilkuosobowej publiczności. Prawie od razu zauważył znajomą twarz i odruchowo uśmiechnął się trochę szerzej do wpatrującego się w niego, wyszczerzonego Scotta.
-Grassi. -Poprawił nieśmiało wywołującą przed chwilą jego nazwisko dziewczynę siedzącą obok drugoklasisty. -Dzień dobry, nazywam się, jak już wspomniałem, Mitch Grassi, kandyduję do roli jakiejkolwiek i zaśpiewam No Good Deed, oczywiście z Wicked. -Od razu zauważył uniesione brwi i nieprzekonane spojrzenia. Wiedział, że piosenka jest trudna, ale wiedział też, że potrafi ją zaśpiewać. Jedyny Scott nadal się uśmiechał, tylko bardziej z zamyśleniem i patrzył na niego uważnie, jakby zaciekawiony. Po raz pierwszy od dawna Mitch poczuł ukłucie tremy, coś w tym spojrzeniu sprawiło, że zechciał naprawdę dobrze wypaść. Dziewczyna, która najwyraźniej była kimś w rodzaju najważniejszej z jurorów, pokiwała mu głową, że może zaczynać, więc z lekko zimnymi rękami przeszedł do pianina. Często sam grał swój akompaniament, wolał mieć kontrolę nad dźwiękiem i dopasować go do swojej piosenki, czuł się wtedy znacznie lepiej śpiewając. Westchnął cicho i zaczął grać, a zaraz śpiewać, wczuwając się w piosenkę i przekazując nią tyle szczerych emocji ile zdołał.
Minęły może cztery, czy trzy minuty i skonczył, otwierając oczy, które zamknął w czasie występu i odsuwając palce od klawiatury. Wstał i ukłonił się, lekko niespokojny przez to, że śpiewał dość emocjonalną piosenkę. Sekundę po jego ukłonie rozległy się najpierw głośne oklaski jednej osoby, do których zaraz dołączyły inne. Scott wstał i klaskał tak, że z pewnością bolały go ręce i uśmiechał się tak szeroko, jakby właśnie zaśpiewał jego pierworodny po raz pierwszy w życiu. Był jakby... dumny? Mitch poczuł ciepło na policzkach na ten widok i miło mu się zrobiło, wszyscy, którzy na niego patrzyli, byli wyraźnie pod wrażeniem. Ukłonił się szybko jeszcze raz, uśmiechnął się i szybko zszedł ze sceny, gdzie kilka osób, które czekały na swoją kolej, powiedziały mu parę bardzo miłych komentarzy. Szczęśliwy wziął swoją torbę, którą zostawił w przebieralni dla występujących i poszedł w stronę wyjścia ze szkoły, dawno już skończył lekcję, a chciał powiedzieć szybko rodzicom, że przesłuchanie było udane.
-MITCH! -Od razu poznał ten głos. Scott biegł za nim jak na złamanie karku, a oczy świeciły mu, jak dziecku, które dostało pod gwiazdkę wymarzony prezent. Brunet zatrzymał się i odwrócił z uśmiechem.
-Hola, zwolnij, nie słyszałeś o zasadzie ''nie biegać po korytarzu''? -Zaśmiał się, a drugoklasista wyhamował dopiero przy nim i dał mu ręce na ramiona, bardzo podekscytowany.
-Mitch! Boże, jesteś aniołem?! Jak można tak śpiewać, trafiłeś w każdą nutę i tak wysoko i rany Julek, to było cudowne! Nie mówiłeś, że śpiewasz! Musisz ze mną zaśpiewać! Założymy zespół?! Proszę, zgódź się!
-Hej! -Niższy chłopak zarumienił się bardzo i zaśmiał lekko skrępowany. - Po pierwsze: Znamy się od wczoraj. Po drugie: Dziękuję! Po trzecie: Scott, co? Jaki zespół, śpiewanie, powoli! -Nie traci ani na chwilę uśmiechu i wręcz ledwo powstrzymuje śmiech.
-Przepraszam! Ale Twój występ był naprawdę świetny, genialny! Rany, okay, wariuje, już się ogarniam. -Zaśmiał się i puścił go już spokojniejszy, ale nadal z błyszczącymi oczami. -Powoli. Masz genialny głos. I ja też śpiewam, nie najgorzej, obiecuję. Proszę, od dawna myślałem, żeby znaleźć kogoś do zespołu, mam taką jakby wizję... o wszystkim ci opowiem. Nie musisz jeszcze podejmować decyzji, spotkajmy się raz czy dwa, pośpiewamy coś co będziemy chcieli, jeśli masz ochotę i może sprawi ci to przyjemność, z takim głosem pewnie uwielbiasz śpiewać!
Mitch miał mętlik w głowie, z jednej strony wiedział, że znają się ledwie dwadzieścia cztery godziny, a z drugiej chciał od razu powiedzieć, że mogą spróbować, bo widział ile radości sam pomysł dał Scottowi.
-Zespół. My... ale to... duet? Zespół? I... ja no... lubię. Czekaj. Bo... muszę pomyśleć. -Zaśmiał się znów lekko. - Okay... ja... rany, ale czekaj, nawet się nie znamy, ja...
-Pójdziesz ze mną na kawę? -Przerwał mu blondyn, ciągle uśmiechnięty od ucha do ucha. - Poznamy się, chce cie poznać, ktoś z takim talentem nie może być niefajny. Proszę?
-No... dobrze. -Już kompletnie zagubiony też się uśmiechnął. Rozumiał, o co chodziło, ale, że nikt nigdy nie był tak miły i tak otwarty w stosunku do niego, a już na pewno nikt nie powiedział mu tylu komplementów, trudno mu było przyzwyczaić się do tak nagłej sympatii ze strony Scotta.
-Okay. Wybacz, podekscytowałem się i powiedziałem za dużo na raz. Pomału. Kawa, poniedziałek po szkole?
-Spokojnie, nic się nie stało przecież... to było... miłe. I tak. Kawa z miłą chęcią.
o~*~o
Po ostatniej lekcji, Mitch, chował do szafki książki, zestresowany i podekscytowany. Kawa ze Scottem. Kawa ze Scottem. Kawa ze Scottem. Cały weekend drugoklasista i jego propozycja chodziła mu po głowie. No i nie dało się ukryć, Scott był przystojny. Cholernie przystojny. Nie dało się również ukryć tego, że Mitch nie był ani trochę zainteresowany byciem z kobietą w związku i był obecnie sam jak palec, co sprawiało, że sympatia, jaką od początku obdarzał go starszy licealista, w jego marzeniach przeradzało się w dużo więcej, mimo, że nawet nie wiedział jakiej orientacji jest Scott.
-Heeej. -Brunet podniósł wzrok na blondyna opierającego się nonszalancko o szafkę obok tej należącej do niego. -Gotowy na najlepszą kawę na świecie?
-Gotowy. -Mitch uśmiechnął się, starając się nie patrzeć na to, w jaki sposób układają się idealne mięśnie ręki, na której opierał się chłopak. Dopiero skończyło się lato, więc większość osób miała na sobie mało skromne ubrania, a bokserka Scotta, w połączeniu z jego ramionami i dobrze widocznymi, ale nie przesadzonymi mięśniami, dawała przyjemne dla oka połączenie. Mitch zarumienił się po raz kolejny, przeklinając się w myślach, że też musi się rumienić akurat przy nim. -Więc... Gdzie pijasz kawę?
-To zależy... Na przykład jak chcę wypić kawę to w domu... a jak bombę kaloryczną, której i tak nie będę żałował to na miasto.
-Więc... Starbucks? Kawa bez kawy? -Zamknął szafkę i poprawił torbę na ramieniu.
-Mi pasuje.
Bez przerwy uśmiechający się, wyszli ze szkoły, bez problemu znajdując kolejne tematy do rozmowy. Mitch coraz częściej przyłapywał się na zerkaniu na Scotta i jedyne czego nie zauważył to to, że zerknięcia były odwzajemniane, chwilę po tym, jak odwracał głowę.
-Właśnie! Zapomniałem ci powiedzieć, nie jestem w przydzielających rolę, ale podsłuchiwałem i mają straszny dylemat bo z jednej strony chcą dać ci Elphabę, a z drugiej no, nie jesteś kobietą, więc wszystko będzie zależało od ciebie. -Zaśmiał się taki podekscytowany i wyraźnie znów w niego zapatrzony.
-Główną rolę? Poważnie? -Mitch lekko zaskoczony uniósł brwi. -Nie było lepszej dziewczyny?
-Nie było przecież nikogo lepszego! -Scott jakby odruchowo otworzył drzwi do kawiarni i go przepuścił przodem, co sprawiło, że wyobraźnia bruneta znów zaszalała. Bo w końcu dlaczego hetero chłopak miałby otwierać drugiemu drzwi?
-Oj nie przesadzaj, na pewno byli lepsi, po prostu uciekłeś z występów, żeby wywrzaskiwać na korytarzu o swoim zespole. -Chłopak znów się zaśmiał i stanął w kolejce. -Ale to strasznie miłe, naprawdę, nie masz pojęcia jak cudnie usłyszeć takie coś od kogoś. -Nawet nie zauważył, jak zaczął czuć się przy nim coraz swobodniej i jak zaczęli rozmawiać jak dobrzy przyjaciele.
-Cóż, z tego co słyszę to albo jesteś mega dobrym aktorem i aż tak dobrze udajesz skromność, albo serio potrzebujesz szczerej opinii, bo wydajesz się nie wiedzieć nawet jak ogromny talent posiadasz. -Scott wzruszył ramionami i zauważył, że Mitchowi wystaje metka od koszulki, więc delikatnie ją schował, na co chłopak zadrżał nie spodziewając się dotyku. -Oj... wybacz, metka.
-Dzięki... i... dziękuję za kolejne komplementy, za chwilę się stanę najpróżniejszym człowiekiem na ziemi. -Zażartował i zamówił sobie szybko waniliowe frappe.
-W życiu. Jesteś zbyt miły. -Scott wywrócił oczami i zamówił to samo po czym zanim młodszy chłopak zdążył zaprotestować, zapłacił za nich obu.
-Ej, mam swoje pieniądze panie dżentelmenie. -Mitch zaśmiał się, lekko zawstydzony i kolejny raz serce mocniej mu zabiło przez kolejny uroczy gest ze strony obiektu swoich westchnień.
-Ja zapraszałem to ja płace, święta zasada. -Kiedy już schował portfel, Scott wzruszył ramionami i widać było, że nie czuje się ani trochę winny.
-To zasada randek, nie dziwnych, przypadkowych spotkań um... znajomych?
-Skąd wiesz, że to nie tajemnicza randka, w którą potajemnie cię wkręciłem? -Po przesunięciu się w miejsce czekania na zamówienia, poruszył dwuznacznie brwiami dla żartu.
Mitch zaśmiał się, mimo, że w brzuchu poczuł ''motylki'', które krzyczały, żeby ta kawa okazała się randką.
-Nie, wiem, a jest?
-Nie... ale jesteś zbyt fajny, żeby stwierdzić, że bym się z Tobą nie umówił.Nie zrozum mnie źle, nic nie sugeruje i nie mam zamiaru się do ciebie dobierać, jestem pokojowym gejem. -Zaśmiał się znów i podał pierwszoklasiście jego zrobioną już kawę, ale mimo śmiechu, było widać po nim, że lekko się zestresował swoim małym ''coming out-em''.
-Jesteś... o... a ja... znaczy się... -Znów całkowicie pokonany natłokiem informacji dla niego istotnych w jednej wypowiedzi, zaciął się jakby na chwilę i niezbyt wiedział co powiedzieć, więc patrzy na Scotta ciągle oniemiały.
-Hej, wyluzuj no, nie lecę na ciebie przecież dopiero się poznaliśmy. -Lekko speszony blondyn poprawił sobie grzywkę, co, jak zauważył Mitch, robił stresując się. -I... ale... przeszkadza Ci to? Że wole mężczyzn? Serio, nie narzucam się nikomu ani nic, ja po prostu uważam, że świetnie śpiewasz i w ogóle...
-Um, nie no, spokojnie. -Sam usiłuje się uspokoić bo cała nadzieja nagle znów opadła po tym, jak Scott powiedział, że na niego nie "leci". -Po prostu czasem narzucasz takie tempo podawania mi informacji, że nie nadążam. -Zaśmiał się lekko i postanowił zostawić na razie kwestię orientacji seksualnej, więc szybko zmienił temat. -Okay... opowiesz mi więcej o swoim planie na zespól?
Na twarzy Scotta znów pojawił się pewniejszy uśmiech i jakby ulga. 
-Jasne. Planowałem może... cztery - pięć osób... I... wiesz, żeby pokazać... jakby to nazwać... ducha przeszłości i nowoczesności? No... w każdym razie, myślałem o, jeśli to możliwe, przedstawicielach różnych um nacji? No wiesz, kobieta, mężczyzna, czarny czy biały, gej czy hetero, nieważne... tak jakby pokazać, że możemy razem stworzyć coś super, mimo różnic... rany, czy to brzmi głupio? Wcześniej nie opuszczało mojej głowy i teraz sam już nie wiem...
-Nie brzmi głupio. Brzmi... Sprytnie. I właściwie to... byłbym dumny biorąc udział w czymś takim... tylko trzeba by naprawdę dużo ćwiczyć i znaleźć pasujące osoby i robić coś oryginalnego... Wow, naprawdę cudny pomysł... i serio chcesz, żebym był w tym zespole? Ja?
-Pewnie! Naprawdę, od razu jak cię usłyszałem, to wiedziałem, że chcę cię o to poprosić... Kto wie, może zyskamy kiedyś popularność i będziemy mieli masę kasy. -Znów się zaśmiał i widać było po nim, że bardzo szczęśliwy z chęci Mitcha.
-Pewnie. -Brunet zaśmiał się z nim i wypił łyka swojej ''bezkawowej'' kawy.
-Ale poważnie... chcesz?
-Pomysł mi się podoba... ale nadal nie wiem, jak będziemy brzmieć i co na przykład będziemy śpiewać...
-Więc... środa, u mnie, po szkole, pierwsza próba próbnego zespołu dwuosobowego? -Mówiąc to, Scott popatrzył na Mitcha zupełnie jak kot ze Shreka, co stawiało pierwszoklasistę na przegranej pozycji, mimo, że nawet nie chciał odmawiać.
-Zgoda.
o~*~o

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz